|  | 

Stare gry na pc lata 90

Arcatera

Arcatera
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

czyli, nie wszystko złoto co się świeci…

Po tych wszystkich Baldurach i Icewindach zapragnąłem zagrać w jakiegoś innego komputerowego RPG. Okazało się to jednak nie lada problemem. Koniec końców w moje ręce trafiła gra RPG Arcatera „Mroczne Bractwo”, która jest dziełem niemieckich programistów z zespołu Westka Entertainment. Została wydana przez Ubi Soft. Już z początku nazwa skojarzyła mi się z hollywoodzką „mega-produkcją” Mroczne Widmo, co nie nastawiło mnie pozytywnie do tej gry. Zaraz jednak przypomniałem sobie inną niemiecką grę RPG, a dokładnie całą serię „Realms of Arkania”, opartą na niemieckim systemie fabularnym „Die Schwarze Auge”.
Przypomniawszy sobie długie godziny spędzone na zabawie z tamtą, bardzo ciekawą grą, przystąpiłem do instalacji. Gra dostarczona jest na 3 płytkach CD-ROM i jej pełna instalacja zajmuje prawie 1,8 GB miejsca na twardym dysku. Dostępna jest też opcja instalacji częściowej (ok. 700 MB); tą też wybrałem. Instalacja nie trwała długo i już po kilku minutach mogłem zagłębić się w świat Arcatery; mogłem, ale niestety nie zrobiłem tego. Dlaczego tak się stało – czytajcie dalej. Po uruchomieniu pierwsze wrażenie było jak najbardziej pozytywne. Intro dość ciekawe i nawet dobrze wykonane, ładna i staranna grafika w menu, miła, klimatyczna muzyka, a do tego polskie napisy. Nic nie wróżyło kataklizmu, jaki zaraz nastąpi. Jak w większości RPG-ów, tak i w tym możemy stworzyć sobie swoje alter-ego, będące naszą reprezentacją w świecie gry. Tu szok i wstrząs. Możemy tylko wybierać z pośród czterech profesji: podróżnika, złodzieja, mnicha i czarodziejki – wybór marny, a dodatkowo mamy narzuconą odgórnie płeć postaci. No cóż, pomyślałem, idźmy dalej. Następną rzeczą jest z reguły przypisanie wartości liczbowych odpowiednim cechom charakteryzującym naszą postać. I tak też jest tutaj, niestety jednak poziom każdego z współczynników jest ustalany w sposób całkowicie losowy, bez możliwości dalszej ingerencji, czy lepszego dopasowania konkretnych cech kosztem innych – jak ma to miejsce choćby w przeboju BG. Co więcej, nie ma możliwości cofnięcia się podczas losowania cech do poprzedniego współczynnika i kiedy jakaś wartość wypadnie za nisko i stwierdzimy, że nam nie odpowiada, to całe losowanie wszystkich wartości musimy powtarzać od początku. Po kilkunastu próbach wylosowania satysfakcjonujących mnie wartości dałem za wygraną i pozostawiłem to, co komputer raczył mi wylosować. Przystąpiłem do właściwej rozgrywki i… tu następna porażka. Grafika. O Boże! Jest po prostu… marna. Postacie są płaskimi, animowanymi bitmapami. Nawet mogłoby to być, ale ich wykonanie jest koszmarne. Mało klatek animacji ruchu owocuje nienaturalnymi, szarpanymi ruchami, a dodatkowo podczas poruszania się postaci zauważyłem dziwne zjawisko.
Kiedy stoimy w miejscu, postać bohatera jest wyraźna i szczegółowa, a kiedy się poruszamy jakość grafiki spada i postać staje się „granulasta”, kolory dziwnie się zmieniają i po prostu wygląda to nieciekawie. Jeszcze gorzej prezentują się inne, spotykane podczas gry postacie, których animacja jest bardziej uboga i schematyczna. Równie źle rozwiązano sposób prezentacji świata, w którym przyjdzie nam żyć. Kolejne lokacje przedstawiane są jako osobne ekrany. To by jeszcze mogło być, ale dlaczego punkt widzenia kamery zmienia się co i rusz!? Trudno się zorientować, gdzie są konkretne kierunki (północ, południe…), skąd się przyszło i dokąd należy iść. Tym bardziej, że przejścia do kolejnych, możliwych lokacji ujawniają się dopiero po najechaniu na odpowiednie miejsce ekranu kursorem – pojawiają się wtedy charakterystyczne strzałeczki pokazujące, w którym kierunku może udać się nasza postać. Rozwiązanie bardziej rodem z przygodówek niż z rasowych „rolplejów”. Co należy jeszcze dodać to, że w ogóle grafika (prezentująca świat) jest jakaś dziwna, taka szaro-bura, zdecydowanie kolorystyka jest źle dopasowana. Ponadto tła, choć technicznie dobrze zaprojektowane, wykazują pewien stopień kompresji (???), ponieważ cierpią, podobnie jak postacie, na swoistą „granulowatość” (fachowo nazywa się to diethering). Przedmioty, które moglibyśmy znaleźć, ze względu na podobne graficzne wykonanie doskonale stapiają się z tłem, na którym są położone. Efekt jest taki, że należy przeczesywać kursorem cały ekran i bacznie obserwować, kiedy zmienia on swój kolor – jest to bowiem oznaka, że trafiliśmy na coś „interesującego”. Niby istnieje opcja, po włączeniu której bohater sam przeszuka daną lokację, ale zajmuje to cenny (w tej grze) czas. Ogólnie graficznie ta gra odpycha, wygląda jak produkcje z 1996 roku… Naprawdę czułem się, jakbym się cofnął w czasie. Równie duże pretensje można mieć do systemu sterowania. Niby jest to odmiana „point and click” i ikonek, ale w tak dziwnie pokręconej i niepotrzebnie skomplikowanej wersji, że skutecznie zniechęca do gry. Poza tym jest po prostu mało intuicyjne i wprowadza spore zamieszanie już przy prowadzeniu jednej postaci, nie wspominając, jak to wygląda, kiedy drużyna liczy sobie więcej śmiałków. Przy takim sterowaniu walka, która jest nieodłącznym elementem gier RPG, jest prawdziwą męką. Raz, że toczy się w czasie rzeczywistym; dwa – nie mamy prawie żadnej kontroli nad tym, jak bohater walczy. Wygląda to tak, że przeciwnicy okładają się tak długo, aż jeden z nich nie padnie. Brak możliwości stosowania jakiejkolwiek taktyki typu: magowie z tyłu, wojacy na przód, okrążenia przeciwnika – po prostu młócka na całego. Bardziej to przypomina bitwę rodem z gier RTS niż cRPG. Będąc już przy walce, wypadałoby wspomnieć coś na temat uzbrojenia. Tutaj standard: miecze, topory, tarcze – nic ciekawego… Dodatkowo prezentacja wizualna tychże broni, tudzież uzbrojenia ochronnego, jest marna i nieciekawa. Kuleje też w tej grze fabuła, na szczęście tylko trochę na początku. Prawdopodobnie związane jest to z faktem, że dla każdej z czterech postaci do wyboru jest przewidziane inne wprowadzenie do gry i inne są powody, dla których wyruszyły one w podróż do miasta Senora.
Na przykład mój bohater, podróżnik, po spotkaniu nieznajomej kobiety postanowił ją odszukać (najwidoczniej zakochał się) i zostawił wszystko za sobą, pokłócił się z ojcem i opuścił dom rodzinny; tak z dnia na dzień. Pod murami miasta przywitał go nawiedzony duch jakiegoś dziada, bredzący coś o bliżej niesprecyzowanym spisku i ciemnych mocach. Na szczęście fabuła z czasem okazała się dość ciekawa i intrygująca. Częste zwroty akcji i dużo różnych questów wymagających nieraz sporo podróżowania po świecie. Co ciekawe, na wykonanie głównego zadania mamy ograniczoną ilość czasu. Co się dzieje po jego przekroczeniu, nie wiem. Zapewne gra kończy się fiaskiem. Trochę wygląda to jak pierwsza część Fallouta. Dobrą stroną tej produkcji jest jej udźwiękowienie. Naprawdę bardzo dobre. Każda z napotkanych postaci mówi do nas ludzkim (goblińskim, orkowskim itd.) głosem i trzeba przyznać, że głosy te są świetnie dobrane i nagrane. Muzyka jest inna niż w podobnych produkcjach, ale doskonała – no, przynajmniej tytułowy kawałek – klimatyczny, mroczny… jak tytułowe Bractwo. Od strony dźwiękowej jest to całkiem inna gra – prezentuje się pod tym względem naprawdę bardzo dobrze. Gra posiada kilka dość fajnych i nowatorskich patentów, które jednak giną pod ciężarem ww. niedociągnięć. Jednym z takich pomysłów jest chociażby wprowadzenie wskaźnika irytacji u osoby, z którą rozmawiamy. Każde zadane pytanie zwiększa irytację rozmówcy i po przekroczeniu progu granicznego nie będzie chciał on już z nami rozmawiać. Tak więc, chcąc się czegoś dowiedzieć, należy się streszczać. Innym ciekawym rozwiązaniem jest wprowadzenie podziału drużyny na podekipy, które można rozdzielić i wysłać w różne miejsca. Jednej ekipie można rozkazać czuwanie w danym miejscu albo przeszukiwanie lokacji, kiedy drugą można w tym czasie wykonywać inne zadania. Dość rozsądny jest też system przyznawania punktów doświadczenia, które dostajemy nie tylko za pokonywanie wrogów, ale także za rozwiązywanie zagadek, zdobywanie informacji, złota, pożywienia w lesie, otwieranie zabezpieczonych skrzyń itp.
Panowie z Westka Entertainment chcieli zrobić coś nowego i świeżego, a wyszedł im jakiś dziwny mutant. Niezbyt atrakcyjny zewnętrznie, ale dobrze pomyślany koncepcyjnie. Wydaje się, jakby zabrakło im pomysłu na to, jak przedstawić fabułę i akcję graczowi. Dlatego gra wygląda jak wygląda, czyli marnie. Kuleje sterowanie, grafika, trochę na początku fabuła i ogólnie cały system tworzenia bohatera, engine RPG (jeśli tak można napisać) – mechanika systemu też nie jest oszałamiająco wysublimowana. Nieliczne plusy nie są w stanie zniwelować błędów i niedociągnięć, jakie popełnili producenci. Za zaletę ewentualnie uchodzić może to, że gra ma raczej małe (jak na dzień dzisiejszy) wymagania sprzętowe. Odrzucając sprawy grafiki, sterowania i prezentacji świata, można by uznać Arcaterę za produkt nawet dość interesujący (ze względu na fabułę i kilka ciekawych rozwiązań). Ale nazwanie go powiewem świeżości to za dużo… Tym bardziej, że mimo wszystko troszkę w tym powiewie czuć stęchlizną.

arcatera

ABOUT THE AUTHOR

Podobne wpisy:

  • Armies of Armageddon

    Armies of Armageddon

    Startegiczne gry turowe przeżywają w chwili obecnej kryzys. Na rynku pojawia się niewiele tego typu produkcji. Moda na RTS-y panuje na całego a o starych dobrych turówkach jakby zapominamy. Dzieje się tak, ponieważ nowoczesne gry strategiczne oszałamiają grafiką, powalają efektami świetlnymi i grywalnością. Armies of Armageddon – Wargamers Development Kit W2K, bo tak brzmi pełny

  • APACHE/HAVOC -Enemy Engaged

    APACHE/HAVOC -Enemy Engaged

    Dawno, dawno temu braliśmy udział w kilku konfliktach zbrojnych jako piloci AH-64. Nastał pokój, gra Gunship 2000 stała się przeżytkiem. Niestety, pojawili się następni ludzie żądni przelewu krwi i wojen. W porannej poczcie dostajemy nowe wezwanie do boju. Znowu w akcji. Sytuacja jest oczywista – jako znakomici piloci śmigłowców bojowych jesteśmy znowu potrzebni. Tym razem