|  | 

Bardzo stare gry

Full Throttle

Full Throttle
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Jeśli jesteś chłopcem, to założę się, że marzyłeś kiedyś, by wsiąść na ciężki motor i ruszyć przed siebie. Niczym nie skrępowane uczucie wolności, drzewa zostające w tyle, swoboda wyboru celu, przestrzeń, świeże powietrze i wiatr we włosach stanowiłyby wówczas chleb poprzedni twego życia. Do tego doszłoby jeszcze poczucie wspólnoty z ludźmi, którzy żyją jak ty, którzy tak jak ty jeżdżą na motorach, noszą ciemne, skórzane kurty i lubią wdać się w dobrą bójkę. Mityczny Harley… czy może być coś piękniejszego dla miłośnika prawdziwych jednośladów?

LUCASARTS PRZYGODÓWKĄ STOI

     Firma LucasArts kojarzy się przede wszystkim z grami z serii Star Wars. Dopiero gdzieś znacznie dalej wegetują przygodówki, i to zarówno te klasyczne, jak Monkey Island, jak i te nowsze, choćby Grim Fandango. Wśród nich właśnie przycupnęła nieco już zapomniana Full Throttle z 1994 roku.
Gra idealnie wpisuje się w trendy ustanowione przez LucasArts. Łączy przyzwoitą grafikę i naprawdę niezłe przerywniki filmowe z ciekawą, acz liniową fabułą i elementami zręcznościowymi doprowadzającymi niektórych graczy do furii. Jednak w odróżnieniu od dwóch pierwszych części małpiej wyspy opisywana tu Full Throttle jest łatwa, zbyt łatwa, by stanowiła gratkę dla miłośnika przygodówek. Osobiście ukończyłem ją w 10 godzin (z przerwami :), co jest diabelnie niewielką porcyjką czasu jak na grę, która swoje przecież kosztuje.

PODJEŻDŻAMY BLIŻEJ…

     Bohaterem Full Throttle jest szef gangu Polecatsów, Ben. To twardy gość, który nie lubi, gdy mu dmuchają w kaszę. Kocha swój motor, umie się bić, ma kumpli, za których oddał by życie (z wzajemnością). Jednak ów idealny układ zaczyna się psuć. Niejaki Ripberger, wicedyrektor potężnej korporacji Corley Motors, węszy wokół gangu i wyraźnie coś knuje. Pierwsze spotkanie z nim Ben przepłaca nocą w śmietniku.
I… tak zaczyna się właśnie gra. Pierwszym zadaniem gracza jest wydostać Bena ze śmietnika, odnaleźć kluczki od jego motocykla i ruszyć za chłopakami, którzy parę godzin wcześniej odjechali w nieznane. Na dodatek to pozornie nietrudne zadanie zaczyna się komplikować. Ktoś raz po raz próbuje pozbyć się Bena, jego gang staje się kozłem ofiarnym niemałej afery z morderstwem włącznie, zaś dalsze istnienie motocykli Corleya zagrożone jest coraz bardziej lukratywną produkcją vanów – to pomysł Ripbergera oczywiście.

…I JESZCZE BLIŻEJ…

     Wszystkie lokacje zostały ręcznie zaprojektowane przez grafików LucasArts. Ci zaś wykonali kawał dobrej roboty. Owszem, dziś już szata graficzna Full Throttle nie wygląda ładnie, ale w momencie premiery gry robiła wrażenie. Tła są stylowe, mają swój magiczny smak rodem z filmów o harley’owcach. Ameryka pustyni i warsztatów, ciągnące się w nieskończoność wąwozy, niewielkie miasteczka z charakterystycznymi zbiornikami z benzyną, prowincjonalne gospody dla kierowców i typowo zachodnie sporty, jak choćby destruction derby, to właśnie świat gry. Warto dodać, iż kamera często zmienia ujęcia, przez co Full Throttle nie jest tak statyczne jak chociażby Teenagent. Niekiedy bohater jest malutki niczym mrówka, czasem zaś widzimy go z bliska – przypomina to zmiany perspektywy i skalowanie postaci, jakimi cechował się Indiana Jones & Fate Of Atlantis. Naprawdę fajne są przerywniki filmowe; widać, że reżyserował je człowiek z wyobraźnią. Ogląda się je czasem jak naprawdę niezły, animowany film sensacyjny. Podobała mi się zwłaszcza kamera pokazująca akcję przy pomocy niecodziennych, ale bardzo ciekawych ujęć np. spod podwozia samochodu bądź oczyma Bena. Gdy dodać jeszcze do niego całą galerię typów spod ciemnej gwiazdy, uzyska się właściwy obraz Full Throttle.
A typy są doprawdy nieziemskie. Sam Ben to typowy niedogolony, ciemnowłosy macho myślący, że jest pępkiem świata, że nikt z nim się nie może równać. Ma w sobie coś z Johnny’ego Bravo i z Duke Nukema, prawdopodobnie tą bezczelność, tą pewność siebie, którą cechują się wymienieni osobnicy. Maureen, dziewczyna, którą poznaje w czasie gry, to równie twarda bestia. Zna się znakomicie na motocyklach, nosi spodnie i nie boi się wyzwań. Reszta postaci to albo członkowie gangów (Polecats, Cavefish lub żeńskiego Vulture), albo ex-członkowie gangów (ojczulek Torque), albo kierowcy ciężarówek bądź twardzi i niezbyt uczciwi biznesmeni. Każdy z nich wygląda niesamowicie, zupełnie jakby ktoś wyjął go ze stereotypowych obrazków USA… Do tego dochodzi znakomite udźwiękowienie. Ben mówi bardzo chropowatym głosem, należącym do człowieka, które swoje już przeżył i z niejednego wiadra wishy pił. Ripbergerem zajął się zaś znany wszystkim fanom George’a Lucasa obywatel Mark Hamill, tworząc postać zimną i chłodną, a zarazem zdecydowaną na każdy, nawet najbardziej nieuczciwy ruch. Za muzykę odpowiedzialny jest mało znany zespół Gone Jackals. To właśnie dzięki nim gra zyskała podtytuł A Heavy-Metal Adventure. Dość prosty system sterowania (śmieszne ikonki pojawiające się po przytrzymaniu prawego klawisza myszy) również może się podobać, choć nie zawsze pozwala on na w miarę precyzyjne działania; trzeba się go po prostu nauczyć. Szczęść Boże udaje się to znacznie szybciej niż w przypadku Simon The Sorcerer 2 czy Wacków.

…PO CZYM NASTĘPUJE ZDERZENIE

     Fabuła Full Throttle, powtórzę to po raz kolejny, jest wciągająca. W grze dużo się dzieje, nie tylko bowiem zbiera się przedmioty i używa w odpowiednim miejscu, ale i rozmawia się z NPC-ami, bije się członków pozostałych gangów, bierze się udział w destruction derby (widok z góry a la GTA), a nawet zasuwa na motorze (tym razem kamera filmuje akcję zza pleców Bena)! Wprowadzenie elementów zręcznościowych zdecydowanie dodało grze atrakcji, jednak z drugiej strony… nie wszyscy miłośnicy przygodówek to zrozumieją. Przykładowo nastukanie kilku gości na motorach tudzież wyłapanie wszystkich królików, zanim te władują się w pole minowe, może zmusić grającego do podjęcia kilkunastu obłędnych i równie nieskutecznych prób, a zarazem wzbudzić w nim wściekłość. Wszak zupełnie inni ludzie gustują w przygodówkach, a inni w zręcznościówkach; nie zawsze sprawny umysł idzie w parze ze sprawnymi palcami!
Wadą Full Throttle jest też prostota. Gra właściwie przechodzi się sama. Poszczególne zagadki są naprawdę nieskomplikowane, wystarczy odrobina praktyki i wszystko sam się dzieje. Wiadomo przecież, że rozmawiać trzeba „do końca”, to jest aż wyczerpie się wszystkie możliwości, zaś nic nie dzieje się bez powodu. Stąd też gdy wielka ciężarówka z nawozem rozwala się na drodze, oczywistym staje się, że trzeba do niej pojechać i pogmerać, a nuż coś się uda zrobić. Na ogół wiadomo też, w którym kierunku należy się udać. A szkoda, wszak kiedyś, gdy gry były trudniejsze, gracz czerpał z nich chyba nieco więcej satysfakcji.

KARTA POWYDPADKOWA

     Dziś produkt LucasArts zaliczyć można do klasyki. Co prawda fabuła wciąż wciąga, przerywniki filmowe rządzą, zaś muzyka przyjemnie łoskocze w uchu, to jednak brakuje tej grze sporo, by porwać dzisiejszych graczy. Nie ma spolszczenia tak pożądanego przez wielu graczy (na szczęście przewidziano angielskie podpisy wyświetlające się podczas wypowiadania kwestii przez bohaterów), nie ma przyzwoitych barw czy rozdzielczości. Gra wygląda dość pikselowato, archaicznie, widać po niej upływ czasu. Dlatego też te 5 punktów, które przyznaję tej krótkiej bądź co bądź grze, uważam za ocenę sprawiedliwą. W 1995 roku byłoby więcej, jednak to już nie te czasy. Co jednak nie oznacza, iż nie warto w Full Throttle zagrać. Warto! Trzeba być jedynie świadomym, iż od strony technicznej gra pozostaje mile świetlne za najnowszymi produkcjami. Ot i cała filozofia…

full-throttle

ABOUT THE AUTHOR

Podobne wpisy:

  • Fury of the Furries

    Fury of the Furries

    Od wieków powtarzam, iż najważniejszy jest pomysł. Jeśli ktoś wymyśli coś ciekawego, nowego i odkrywczego, może mieć pewność, że doczeka się niezłej gry. Niezależnie od jakości jej wykonania, od graficznych fajerwerków i magicznych czarów rozsiewanych przez kartę dźwiękową to właśnie pomysł w połączeniu z grywalnością decyduje o pozycji zajętej przez grę. Tak jest ostatnio z

  • Furby – Big Fun in Furbyland

    Furby – Big Fun in Furbyland

    …”Nie tak dawno, dawno temu, gdzieś daleko w niebie, żyły sobie Furby, a może i ich przyjaciele. Jedne były czarne, inne były białe, były tez i czarne, lecz nie takie same Wszystkie były małe, ale z dużym sercem. Mówiły językiem niezbyt zrozumiałym, Gdyż „Furbiński” był językiem dla nich napisanym……” Pewnego dnia Furbys zdecydowały, że czas