|  | 

Stare gry przeglądarkowe

Samurai Spirits (Samurai Shodown 2)

Samurai Spirits (Samurai Shodown 2)
1 vote, 5.00 avg. rating (97% score)

Konsola Neo Geo nie zdołała odnieść większego sukcesu. Kiepska polityka marketingowa producenta, nieprzychylne podejście wydawców gier do samej platformy, wreszcie nienajlepsze parametry urządzenia zadecydowały, iż dość szybko przeszło ono do historii. Wraz z nim zniknęły dziesiątki programów, w które nikt już nie chciał grać. I choć może samej konsoli dzisiejszym graczom nie brak, gdyż mają oni Playstation i Dreamcast do wyboru, to właśnie do tych zgrzebnych, czasem nawet głupawych programów tęskno.
Na szczęście na wschodzie (mówię o Japonii) istnieją firmy, które bawi przypominanie graczom przebojów z dawnych lat. Jednym z takich przedsiębiorstw jest Gamebank, które wraz ze swym oddziałem Kinesoft nie zapomina o miłośnikach staroci. Parę lat temu wydał on pecetowską wersje Samurai Shodown 2, jednej z najlepszych dwuwymiarowych bijatyk, jakie Neo Geo widziało. W Europie program ten nazwano znacznie bardziej zrozumiale – Samurai Spirits (Duchy Samurajów) – i pod tą nazwą Techland sprowadził rzecz do Polski. Dziś sprzedaje ją w komplecie z Blade Warriors za skromne 55 zł. Czy to dużo, czy mało, czy też w sam raz, wreszcie czy warto jest sięgnąć po ów zestaw, zadecydujesz, czytelniku, sam. Ja podpowiem Ci jedynie, jak produkt ów wygląda, jakie ma zalety i jakie wady.
Bijatyk ukazuje się na pecetach niezwykle mało. Podczas gdy wszystkie konsole puchną od rozmaitych Soul Caliburów, Tekkenów czy Virtua Fighterów 3, posiadacze blaszaków z wywalonymi językami rozglądają się za jakąkolwiek nowością. Dlatego też pojawienie się Samurai Spirits na legalnym rynku polskim należy uznać za cud i okazję do świętowania. Przecież dzięki niemu miłośnicy bijatyk będą mieli się czym zająć… w domu, nie zaś na ulicy!
Niestety, nie będzie to święto na miarę Nowego Roku, kiedy to wszyscy piją, śpiewają, a przynajmniej siedzą z dala od łóżka do piątej nad ranem. Przyczyną tego jest oprawa gry, delikatnie mówiąc nienajlepsza. Neo Geo nie było superkonsolą, pod względem parametrów technicznych znacznie ustępowało Playstation. Dlatego też to, co zobaczyć można w Samurai Spirits, przypomina raczej erę wczesnego DOS-a niż czasy trójwymiarowego Mortal Kombat 4.
Na początku szok. Po włożeniu płytki do czytnika uruchamia się wyświetlany w okienku 320×240 wciągający filmik, który po paru sekundach okazuje się być… reklamówką producenta, firmy Kinesoft! Chwilę później w tym samym oknie uruchamia się gra. Tak, tak, nie mylicie się! Gra chodzi w rozdzielczości 320×240! Trzeba lupy, by dostrzec, co się w niej dzieje! Owszem, można powiększyć okno na tyle, by zajmowało cały ekran, jednak wtedy piksele kopią po oczach nie gorzej niż Jackie Chan przeciwników! Założę się, że młodszych graczy odrzuci ów widok od monitora, i to na dobre dwa kilometry. Nie sądzę więc, by ludzie mający do wyboru Samurai Spirits, Quake 3 Arena, Mortal Kombat 4 czy nawet stareńki GTA (wszystko to są gry zręcznościowe), wybrali pierwszą z nich. Jedynie zatwardziali mordolejcy zgodzą się rzucić okiem na produkt Kinesoftu. I na nich chyba liczył dystrybutor.
Do turnieju, który przedstawiony jest w grze, zgłosiło się 15 postaci. Są to wojownicy z różnych stron świata, mieszkańcy Chin i Japonii, Afryki i Niemiec. Wśród walczących nie zabraknie też kobiet, starców, gigantów oraz dzieci. Miłośnicy rycerstwa obiorą dziewczynę ze szpadą, zaś fani UFOków – zielonogłowego gnoma bądź mężczyznę z metalową superręką. Wszystko to jest wynikiem przyjętej przez twórców mangowej konwencji, którą znamy chociażby z serii Street Fighter. Na arenach Samurai Spirits nikogo nie dziwi, że malutka dziewczynka z małpką sprawia niezłego łupnia potężnemu grubasowi, który w rzeczywistości mógłby ją zgnieść używając dwóch palców.
Wszystkie postacie są przyzwoicie (jak na 320×240) animowane i mają niemały repertuar ciosów. Prócz kilku podstawowych chwytów do dyspozycji gracza oddano garnitur 4-7 uderzeń specjalnych, których wykonanie wymaga wstukania odpowiedniej kombinacji klawiszy. Sprawę utrudnia fakt, iż czasem trzeba wdusić dwa klawisze naraz („na ukos”), co przy niektórych klawiaturach jest niemal niewykonalne. Również areny nie oczarują gracza. Jest ich jednak niemało i nie można powiedzieć, by były banalne – mamy m.in. portowe nadbrzeże, kawałek dżungli, podnóże pięknych, kamiennych schodów, czy deszczową uliczkę w jakiejś chińskiej osadzie. Mimo nienajwyższej rozdzielczości prezentują się one dobrze, gdyż mają w sobie to coś – co przyciąga wzrok. Być może to kwestia ręcznego rysowania, a być może – charakterystycznego stylu, konwencji, która spodoba się wszystkim streetfighterofilom.
Poziom trudności został opracowany dużo lepiej niż w konkurencyjnym Mortal Kombat. Pierwsze walki są banalne, sprawdzi się w nich nawet szary miłośnik strategii, który dotychczas wszelkie bijatyki mijał w dużej odległości. Później robi się już trudniej, wojownicy komputera zdają się przewidywać nasze uderzenia, często je blokują i wyprowadzają szybkie kontry. Zabawa robi się ekscytująca i wciąga. Jednym słowem gra jest grywalna. Konwersja zachowała wszystkie pozytywne przymioty Samurai Shodown 2, tak więc o nudzie nie może być mowy.
Oprawa dźwiękowa programu nie jest rewelacyjna. Za odgłosy walki robi garść trzasków i uderzeń, muzyki nie uświadczysz, zaś zapowiedzi pomiędzy pojedynkami wygłaszane są w języku… bardzo dalekowschodnim! Nie razi to, a wręcz przeciwnie – dodaje grze smaczku. W końcu zwolennicy języka angielskiego mogą sobie wszystko wyczytać na ekranie. I znów przypominają się czasy gier DOS-owych, gdzie taki „wygląd soniczny” programu uchodził za standard.
Czy już, szanowny czytelniku, wyrobiłeś sobie opinię na temat Samurai Spirits? Mam nadzieję, że sztuka ta udała ci się, że już wiesz, czy gra Cię zainteresuje, czy też totalnie zniechęci. Bo naprawdę… ta gra nie jest tak zła, jak na to wygląda. Jednak ten wygląd powoduje, że nie jest ona dobra. Zakręcone, ale prawdziwe!
PS. Jakikolwiek pad strongly recommended.

 

Rozmawiają Eugeniusz (lat 13, bezrobotny uczeń gimnazjum im. Donata Plechy) i Polikarp (lat 22, alkoholik, od 3 lat młodszy pomocnik szklarza w miejscowości Kozie Bobki):

Polikarp: Cześć, młody. Wpadam dziś do Ciebie. Mam nową gierę. Blade Warrior. Psychoterapeuta mojego hydraulika ją skądziś skołował.
Eugeniusz: Że co? „Blade War Your”? Nigdy o tym nie słyszałem. To jakaś nowa wyżynanka na silniku „Quake 3 Uryna”, hehe?
Polikarp: Iuue, młody, w jakim ty świecie żyjesz?
Eugeniusz: W świecie według Garpa…
Polikarp: Grałeś w Robocop? W „Metal Mutant”? W Ninja Commando? Podobały ci się? Jeśli tak, to mam dla Ciebie kolejną propozycję – świeży i pachnący Blade Warrior.
Eugeniusz:Prrr… powstrzymaj swoje konie. Gadasz jak w reklamach. Nic nie kapuje. „Rowokop” to przecież film, a o reszcie nie słyszałem!
Polikarp: Boś szczawik. To klasyka, młodziutki. Pykałem w nią jeszcze w czasach Amigi. Robocop, Ninja Commando, ach, to były czasy…
Eugeniusz: Jakieś strzelanki? Polowanko na jelenie?
Polikarp: Żebyś wiedział. Proste, a zabawy kupa. Zero trójwymiaru. Idzie gość w prawo i strzela. Przez cały czas. Musi dojść do końca planszy wybijając wszystkich po drodze.
Eugeniusz: I Blade Warrior też?
Polikarp: Tak jest. Koleś się nazywa Sou czy Sue, jakoś tak z chińska. Oddziały specjalne, bodajże dowódca jakiejś jednostki. Nosi zajebisty pancerz ze stali, a w ręku ma miecz świetlny, jak na „Gwiezdnych Wojnach”. Idzie cały czas w prawo i kosi bandytów.
Eugeniusz: Jakieś mutanty? Gangsterzy z getta? Murzyni? Robert Kowalski?
Polikarp: A cholera ich wie… Rozdzielczość kiepska, 320×240, niewiele widać. Na dobrą sprawę to nie wiem, kogo tnie, jakiś zwitek pikseli ani chybi. Na oko to są jakieś roboty, czasem podobne do ludzi, czasem do pajączków czy ptaszków. Niektórzy latają. A co etap – pojedynek z bossem. Bossu to na ogół duży robot, taki na pół albo i więcej ekranu. Ciężki do wycięcia skurczybyk.
Eugeniusz: I to cała filozofia? Nuda, a nie gra!
Polikarp: Bo ja wiem, czy nuda. Kiedyś takie gry robili. Cała zabawa polegała na tym, by się wykazać – dojść do końca i zabić wszystkich drani. Na automatach za takimi gierkami ludzie szaleli. W Blade Warrior bronie się jeszcze zmienia. Masz do wyboru pięć rodzajów, oczywiście musisz je najpierw zdobyć.
Eugeniusz: Grafa, mówisz, kiepska?
Polikarp: No wiesz, 320×240. Zero piękna. Duże piksele, mało wybuchów, nie widać szczegółów. Już takich gier się nie robi. Choć z drugiej strony nie jest tak źle. Ekran się ślicznie scrolluje, postacie są duże i widać je jak na dłoni. W dodatku czuć mangę. Program zrobiono w Japonii, a oni wszystko mangowe robią.
Eugeniusz: A interko?
Polikarp: A kto ci powiedział, że w grze utrzymanej w starym stylu jest interko?
Eugeniusz: No, dobra, przepraszam.
Polikarp: Oczywiście, że jest interko. W końcu gra w wersji CD pochodzi z 1997 roku, a wtedy już się takie rzeczy robiło. To jeden duży awik. Filmik przedstawia naszego gościa stojącego gdzieś na dachu. A potem jeden z bossów się budzi, para poruszam tłokami i gościu budzi się z uśpienia. Rozpoczyna się bój. Na mój gust tragedia – aż wionie prehistorią intr.
Eugeniusz: Dźwięki?
Polikarp: Jakieś tam melodyjki i wybuchy. Nic specjalnego. Na dobrą sprawę mogłoby ich nie być.
Eugeniusz: No więc po co ja mam w to grać? Kiepawa grafika, zerowy dźwięk, nie ma trójwymiaru, nie ma nic. Jedynie manga mnie pociąga, ale jak mówisz, że ledwo ją widać…
Polikarp: Ano wiesz… Kiedyś ta gra była czymś niezłym. W 1995 wyszła pod tytułem „Zyclunt”. Podobała się, zbierała ocenki w granicach 6-8 punktów. Była grywalna. Nawet dziś przyjemnie jest pochodzić sobie gościem po ekranie, postrzelać do wrogów, a właściwie pociąć ich mieczem. Jeśli czujesz klimat Robocopa i Star Warsów, to taka kompilacja ci się spodoba.
Eugeniusz: Nie przekonujesz mnie…
Polikarp: Bo nie muszę. Faktycznie dziś ta gra to złom. Ale jest tania. W zestawie z Samurai Spirits chodzi po 55 zł. To niedużo.
Eugeniusz: A nie lepiej dołożyć parę złotych i kupić Descent 3? Też się strzela, ale oprawa piękna.
Polikarp: Jedni wolą latać, inni zaś walić mieczem. Poza tym descent jest jeden, a tu masz dwie gry…
Eugeniusz: Dobra, wpadaj dziś, rzucę okiem na dziecko twojego hydraulika!
Polikarp: Psychoanalityka mojego hydraulika! Mówiłem Ci przecież, młody!
Eugeniusz: OK., OK., już nieważne. Przychodź, obejrzymy…

I Polikarp przyszedł do Eugeniusza. I zagrali. Zdjęciówkę z ich zabawy zamieszczamy obok.

samurai-spirits-samurai-shodown-2

ABOUT THE AUTHOR

Podobne wpisy:

  • Ultra Fighters

    Ultra Fighters

    Nikt nie potrafi przewidzieć jak będzie wyglądała podniebna walka przyszłości. Jakimi maszynami będą latali przyszli piloci, jakie taktyki będą wykorzystywali. Pojawiła się następna okazja by sprawdzić jedną z możliwych wersji losu sił powietrznych. Świat poza kokpitem. Ziemskie realia XXVI wieku nie przedstawiają się optymistycznie. Wyczerpane zasoby paliw naturalnych, wielkie korporacje rządzące planetą, które dawno zapomniały

  • Super Bubsy

    Super Bubsy

    Gdy po raz pierwszy zobaczyłem konsolę Nintendo 64 i jej sztandarowy hit Super Mario 64, niczym wystrzelona ku gwiazdom rakieta pofrunąłem ku gwiazdom. To była gra, na którą czekałem od lat! Perfekcyjna platformówka z piękną, trójwymiarową grafiką, niezwykle interesującymi poziomami i masą niecodziennych wydarzeń dość szybko podbiła moje rozkołatane serducho. Nie ma się co dziwić,